




Dnia 14 kwietnia 2010 we foyer Opery Wrocławskiej odbyła się konferencja prasowa przed premierą "Borysa Goduowa". Oto zdjęcia z tego wydarzenia. Mamy nadzieję, że premiera odbije się w mediach szerokim echem.
Prezentujemy wywiad, jakiego Leonid udzielił nam podczas prób do najnowszej premiery - "Borysa Godunowa"
Leonid Zakhozhaev, solista Teatru Maryjskiego, znakomity tenor, który z Valerym Gergievem zjeździł w czasie kilkunastu ostatnich lat cały świat, występując na najznakomitszych scenach operowych, od nowojorskiej MET po londyńską Covent Garden, od National Theatre w Tokio, po słynny festiwal w Baden-Baden, jest artystą doskonale znanym także publiczności wrocławskiej. Był naszym Zygfrydem w roku 2005, rok później zaśpiewał ponownie w Zygfrydzie i Zmierzchu Bogów, by w 2007 wcielić się w postać Dymitra Samozwańca w pierwszej od 35 lat we Wrocławiu inscenizacji Borysa Godunowa w reżyserii Yuri Alexandrova. W operze Modesta Musorgskiego niebawem usłyszymy go ponownie, tym razem w realizacji Waldemara Zawodzińskiego, i co ciekawe... po raz pierwszy na scenie Opery Wrocławskiej.
Leonid Zakhozhaev, który rozpoczął właśnie próby do nowej produkcji Borysa Godunowa, opowiada nam o swoich doświadczeniach z ostatnich sezonów, śpiewaniu partii Zygfryda w pozycji "głową w dół", operze w 3D, niewolniczym stosunku śpiewaka wobec reżysera i planach na przyszłość.
Kiedy po raz pierwszy przyjechałeś do Wrocławia, by wziąć udział w Zygfrydzie, wielkiej produkcji wagnerowskiej w Hali Stulecia, bardzo zainteresował Cię nasz zabytkowy teatr. Zapytałeś czy możesz "pochodzić" po scenie. Gdy na niej wreszcie stanąłeś, pamiętam Twoje słowa - "zaśpiewać na TEJ scenie, to byłoby przeżycie!". Rok później dwukrotnie znalazłeś się w obsadzie Zmierzchu Bogów, w czerwcu oraz jesienią 2006 podczas Festiwalu Wagnerowskiego. Rok 2007 to Borys Godunow, kolejna duża produkcja Opery Wrocławskiej w Hali Stulecia, w której zaśpiewałeś Dymitra Samozwańca. Można by powiedzieć, że jesteś stałym gościem w naszych produkcjach, Twój wokalny kunszt podziwiały we Wrocławiu dosłownie tysiące widzów, tymczasem nigdy przecież nie zaśpiewałeś na scenie teatru przy ulicy Świdnickiej! Tym bardziej cieszymy się, że dzięki nowej inscenizacji Borysa Godunowa, w której weźmiesz udział, wreszcie, po raz pierwszy ujrzymy Cię na macierzystej scenie Opery Wrocławskiej. Czy dla Ciebie to również istotne wydarzenie?
Leonid Zakhozhaev: Całe moje życie związane jest ze śpiewaniem, a cała zawodowa kariera niemal wyłącznie z występowaniem w teatrze. W Hali Stulecia korzystaliśmy z mikroportów, co oczywiście było niezbędne w tak wielkiej przestrzeni. Nieczęsto zdarza mi się śpiewać w tego typu miejscach. Opera wystawiana jest od dawna i zresztą coraz częściej poza teatrem, w plenerach, na arenach, stadionach, wielkich placach czy zamkniętych halach, gdzie mikroporty są niezbędne, pomagają śpiewakowi, ale pamiętajmy, w warunkach nie przewidzianych do wystawiania sztuki operowej! Śpiewanie z mikroportem jest trudniejsze, poza tym prawdziwy teatr ma swoje walory, których nie sposób niczym zastąpić, szczególnie jeśli śpiewasz w dobrym teatrze. Dla mnie to wielka radość i prawdziwy zaszczyt, że wreszcie będę miał szansę na występ we wrocławskiej operze. Po pierwsze dlatego, że to teatr o wielkich, bogatych operowych tradycjach, po drugie, spotykam tu doskonały zespół realizatorów i wspaniałych artystów, po trzecie wreszcie Wrocław to miejsce, gdzie sztukę operową się ceni, zna i rozumie, dzięki czemu może się ona tak znakomicie rozwijać. Publiczność macie wspaniałą i tym bardziej jestem szczęśliwy, że kolejny raz mam szansę tu zaśpiewać.
Czy rola Dymitra jest dla Ciebie z jakichś powodów szczególnie bliska?
LZ: Cóż, to jedna z wielu ról, którą do lat śpiewam. Szczerze mówiąc nie za często, choć w repertuarze teatru w Petersburgu wciąż gramy Borysa Godunowa w reżyserii Andrieja Tarkowskiego, wielkiego wizjonera kina, jednego z największych twórców filmowych w historii tego gatunku. Byłem chyba przedstawicielem ostatniej generacji, z którą pracował. Cieszę się, że udało mi się "załapać" na współpracę z nim. To produkcja jeszcze z lat 80-tych, jak na owe czasy bardzo nowoczesna. Oprócz roli Dymitra kreowałem w niej także postać Jurodiwego. Dla mnie śpiewanie opery rosyjskiej poza Rosją, gdzie jej odbiór, tak mi się przynajmniej wydaje, jest bardziej "emocjonalny", ma zawsze jakiś istotny wymiar, dlatego też w pewnym sensie mogę powiedzieć, że w tych okolicznościach jest to rola szczególna.
Twój repertuar jest rzeczywiście niezwykle bogaty, ale wydaje się, że tytułowa partia Zygfryda zajmuje w nim miejsce wyjątkowe. Tu i ówdzie powstały nawet swego rodzaju fan-cluby Leonida Zakhohaeva. Co Ty na to?
LZ: Fan-cluby ?! Nic o tym nie wiem, gdzie?!
Chociażby ten skupiony niegdyś wokół forum internetowego "New York Timesa". Po Pierścieniu Nibelunga, który wystawiany był przez zespół z Petersburga w Metropolitan Opera w 2007 roku, pojawiło się niemałe grono fanów opery, którzy rozpływali się w słowach uznania na temat Twojego wokalnego i aktorskiego kunsztu. Jeden z nich napisał, że przez ostatnie 40 lat miał okazję widzieć "kilka tuzinów" inscenizacji tetralogii Wagnera, ale tak dobrego Zygfryda jeszcze nie słyszał. Krytyka zresztą także wysoko ceniła Twoje występy, zarówno w Zygfrydzie, jak i Zmierzchu Bogów. Kiedy Valery Gergiev przywiózł Ring do Covent Garden latem 2009 recenzje, jak pewnie wiesz, nie były zachwycające. Krytykowano samą inscenizację, ale jak napisał jeden z krytyków "Zakhozhaev uratował show".
LZ: Tak, znam te recenzje. Teraz wielu śpiewaków ma dobrych agentów, którzy dbają bardzo o ich promocję, rozgłos i sławę. Ja nie mam, ale staram się wykonywać swój zawód najlepiej jak potrafię, dlatego też cieszę się, jeśli ludzie mnie zauważają i cenią. Jeśli chodzi natomiast o rolę Zygfryda to muszę przyznać, że nastąpił w mojej karierze jakiś punkt graniczny. Śpiewam tę partię od 8 lat, scenicznie, w całości, wykonałem ją dotychczas 44 razy, do tego jakieś tysiąc prób - dodaje z uśmiechem Leonid. Zygfryd to ekstremalnie wyczerpująca rola, 5 godzin wielkich emocji na scenie. Po każdym spektaklu dociera do mnie, jak wiele kosztuje to zdrowia. Bez wątpienia to bardzo istotny etap w mojej karierze, ale chyba osiągnąłem w tej materii wszystko co mogłem i jestem z tego zadowolony. Ten etap jest zamknięty i dlatego myślę, że powinienem od Zygfryda nieco odpocząć, wejść mocniej w repertuar bel canto, Verdiego, Pucciniego czy Offenbacha. Zresztą Hoffmanna już śpiewam, także role tenorowe w Rigoletto, Lohengrinie czy Les Troyens Berlioza. Zanim zacząłem być kojarzony z repertuarem wagnerowskim śpiewałem bardzo wiele różnych ról, nawet lirycznych, jak Almaviva, Tamino czy Faust. Nie żegnam się z Zygfrydem na zawsze, ale nie chcę umrzeć na scenie jako tenor wagnerowski, więc gdybym miał wybór, wolałbym podjąć inne, nowe wyzwanie artystyczne, aniżeli kolejny raz zaśpiewać Zygfryda, chyba że byłaby to jakaś wyjątkowa produkcja.
Czy nie taki był właśnie Zygfryd w futurystycznej wizji Carlusa Padrissy i jego niezwykłej grupy teatralnej
LZ: O tak, bez wątpienia, ta produkcja to nowy kierunek w inscenizacjach wagnerowskich.
To spektakl, który zdobył prestiżową nagrodę teatralną za dekorację i kostiumy w kategorii "Pomiędzy poezją a science fiction". Jak znalazłeś się w obsadzie tej legendarnej już inscenizacji?
LZ: Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Niedługo przedtem śpiewałem Tristana w operze w Kassel, który okazał sporym sukcesem. Dyrektor artystyczny z teatru z Walencji przyjechał do Niemiec, obejrzał mojego Tristana i zaproponował zaśpiewanie Zygfryda w Hiszpanii. Pomysł ten poparł Zubin Mehta, który muzycznie poprowadził tam cały Pierścień.
Trzeba przyznać, że na scenie byłeś w doborowym towarzystwie - Jennifer Wilson jako Brunhilda, Stephen Milling w roli Fafnera czy Franz Josef Kappelmann kreujący postać Albericha to w tych rolach światowa czołówka, nie mówiąc już o wspomnianym przez Ciebie Zubinie Mehcie. Jak się z nimi pracowało?
LZ: Doskonale, to zawodowcy, praca z nimi była przyjemnością, natomiast spotkanie z Zubinem Mehtą zupełnie wyjątkowe. To tytan pracy, między próbami Zygfryda, kiedy odpoczywaliśmy, on wyciągał inny projekt, jeden z wielu, który jednocześnie prowadził. Pracował bez przerwy. Absolutny profesjonalista, niezwykle zdyscyplinowany, doskonale zorganizowany, jednocześnie tkwi w nim bardzo "młodzieńczy duch", dzięki czemu na próbach panowała tak dobra, spokojna, pozytywna atmosfera. Spotkanie z Mehtą było dla mnie i wielkim doświadczeniem i ogromnym krokiem do przodu, jeśli chodzi o pracę na scenie.
Wspomniałeś, że ta inscenizacja wyznacza nowy kierunek w interpretacji Wagnera. Na czym to według Ciebie polega?
LZ: Zygfryd w Walencji, który jest koprodukcją z florenckim festiwalem Maggio Fiorrentino jest kompletnie inny, niż wszystkie produkcje, z którymi mieliśmy dotychczas do czynienia. Jest to tak nowe, tak świeże, tak inne. Technologicznie to spektakl oszałamiający. Wizualne efekty cyfrowe powodują, że czujesz się jakbyś był wewnątrz wykreowanego, ale jakże realnego świata. To takie uczucie jak oglądanie w nowoczesnym kinie filmu w formacie 3D, gdzie wszystko jest prawdziwe i na wyciągnięcie ręki. Dla widowni efekt musiał być powalający, ale dla śpiewaków było to prawdziwe wyzwanie, inscenizacja niezwykle trudna.
Co sprawiało największe kłopoty?
LZ: Niektóre rozwiązania sceniczne, np. w Zmierzchu Bogów śpiewanie przez 3 minuty... głową w dół, dyndając nad sceną na taśmie. To arcytrudne i przede wszystkim wbrew naturze, ale cóż, spełniamy oczekiwania reżyserów. Śpiewak jest niejako "zakładnikiem" reżysera. Musimy umieć z tym żyć. Zauważ, że dziś w produkcjach operowych najpierw ocenia się samą inscenizację, co nowego i odkrywczego zaproponował reżyser, potem zwraca uwagę na to jak dyrygent poprowadził spektakl muzycznie, a dopiero na końcu dostrzega się nas śpiewaków... Wracając jednak do szalonych pomysłów reżyserskich uważam, że jeśli są dobre dla całości dzieła, jeśli zadowalający jest efekt końcowy, to ja się na nie zgadzam. Tak właśnie było w Walencji. Zaśpiewałem w sumie osiem spektakli, cztery w Walencji i cztery we Florencji, uważam że ta produkcja wyznacza nowy kierunek w odczytywaniu Wagnera i bardzo się cieszę, że mogłem w tym uczestniczyć.
Najbliższe plany?
LZ: Borys Godunow we Wrocławiu, potem niemal od razu, bo już w maju, nowa produkcja Tristana i Izoldy w Pradze, gdzie zaśpiewam 10 spektakli. Nagrywam płytę z pieśniami rosyjskimi, ale pracuję też nad innymi, powiedziałbym, nieoperowymi, bardziej prywatnymi projektami.
Czyli?
LZ: Zanim zacząłem śpiewać skończyłem w Petersburgu Szkołę Teatralną i Filmową, potem natychmiast znalazłem się na scenie Teatru Maryjskiego. To wykształcenie bardzo mi pomogło w wieloletniej karierze operowej, dzięki której z kolej zdobyłem olbrzymie doświadczenie i wiedzę sceniczną. Myślę, że mam wielki potencjał, który chciałbym wykorzystać na innej nieco płaszczyźnie, myślę o aktorstwie, a nawet muzyce popularnej.
Życzymy powodzenia i sukcesów!
LZ: Bardzo dziękuję.
Z Leonidem Zakhozhaevem rozmawiał Paweł Marzec